Będzie film o Bełżcu


Powstaje monografia obozu w Bełżcu

Michael Tregenza z Kornwalii wszystko podporządkował jednej pasji: monografii o obozie zagłady w Bełżcu

Michael Tregenza mieszka w dość obskurnym, zwyczajnym łamańcu na lubelskim Czechowie. W najzwyklejszym blokowym mieszkaniu. Dużo pali. Zwykłe czerwone - czyli bardzo mocne - Marsy. Nie pasuje do telewizyjnego obrazu dystyngowanego, flegmatycznego Anglika z fajką i w tweedowym garniturze.
Od 30 lat swoje życie podporządkował jednej pasji: wyjaśnić całą prawdę o obozie zagłady w Bełżcu.

Samotnik wśród bestii
- Pochodzę z Kornwalii - poprawia, gdy wspominam o jego angielskiej narodowości. Podkreśla tę Kornwalię kilkakrotnie, ale nie mogę się dopytać, czy przez to nie jest Anglikiem. Sam o sobie mówi: Brytyjczyk.
W zasadzie żyje tylko wojną, konkretniej: obozami zagłady w Sobiborze i Treblince, obozami pracy w Trawnikach, Poniatowej i Budzyniu koło Kraśnika. Prawdopodobnie jest najlepszym ekspertem od obozu zagłady w Bełżcu, o którym przez lata wiedziano bardzo niewiele. Na punkcie Bełżca ma obsesję, nie ukrywa. - Najbardziej interesuje mnie pisanie o zbrodniarzach, o tym jak oni to widzieli - uszczegóławia. Intryguje go psychika zbrodniarzy. Kim byli przed wojną. Jak żyli po wojnie. Jak radziły sobie ich rodziny, żony, siostry, bracia. Przecież musiały coś wiedzieć. Co teraz myślą dzieci i wnuki esesmanów. A myślą różnie.
- Dwaj ostatni esesmani z Bełżca umarli w 1999 roku. Prawdopodobnie żyje jeszcze ukraiński tłumacz pierwszego komendanta Christiana Wirtha - opowiada Michael Tregenza. Korespondował i wielokrotnie rozmawiał z dwoma synami Wirtha. Jeden nie może sobie do dziś poradzić z problemem ojca. Drugi uważa, że nic takiego się w Bełżcu nie stało, że wszystko było OK.
O komendancie Tregenza mówi wyłącznie: "bestia". Nigdy inaczej. - I zrozumiał pan jego psychikę, motywy? - pytam. - Chyba nie - przyznaje.
Oficjalne dane mówią, że w obozie zagłady w Bełżcu zginęło 600 tys. Żydów i półtora tysiąca Polaków. Terror był taki, że nikt nie próbował buntu, ucieczek. - Dlatego nie ma świadków. Nie było udanej ucieczki, jak ta głośna z Sobiboru, o której nawet nakręcono fabularny film - mówi Tregenza.
Ogarnięty swą jedyną pasją Michael Tregenza ugina się pod ciężarem wiedzy, którą posiada. Ile lat można żyć prawie wyłącznie obozami zagłady? Od czasu do czasu lubi posiedzieć w pubach i rozmawiać z ludźmi. Najczęściej o Bełżcu i okupacji niemieckiej w Lublinie.

Stąd blisko do Bełżca
W niewielkim pokoju stoją regały zapchane książkami. Prawie wszystkie dotyczą okupacji niemieckiej w Polsce, niektóre także tematyki szpiegowskiej. Michael ma bzika na punkcie szpiegów. W 1974 roku opublikował w Londynie książkę "Espionage" o służbach specjalnych w różnych krajach.
Kilka półek zajmują ściśnięte teczki z archiwaliami. Część z nich pochodzi z Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen w Ludwigsburgu. Tregenza sądzi, że o Bełżcu nikt nie ma takich zbiorów dokumentów.
Michael Tregenza, wojenny rocznik 1943. W Lublinie mieszka od 1993 roku. Wcześniej był pół roku na kontrakcie w UMCS. Nie ma polskiego obywatelstwa. Co roku musi odnawiać pozwolenie na pobyt. Był ożeniony z Polką, ma dwóch synów. Rozwiódł się 16 lat temu.
- Moi rówieśnicy w Wielkiej Brytanii zwykle już nic nie robią, są na emeryturze, jeżdżą po świecie, do zachodniej Europy. Ja tak nie mogę, zanudziłbym się na śmierć, dlatego jestem w Polsce - wyjaśnia swój sposób na życie. - Tu jest mnóstwo pracy.
Mnóstwo pracy oznacza, że jeszcze bardzo wiele tajemnic obozów zagłady czeka na odkrycie.
Pierwszy raz przyjechał do Polski w 1965 roku na międzynarodowe spotkanie studentów. Potem studiował w warszawskiej ASP. Przez 20 lat robił setki ilustracji do książek i albumów o wojsku, do czasopism medycznych. Rysował też komiksy. Oczywiście o tematyce wojskowej i wojennej. Pokazuje niektóre swoje ilustracje: same czołgi, karabiny, żołnierze, różne mechaniczne konstrukcje. Rysunki do atlasów anatomicznych. Wszystkie dość niesamowite.
Gdy studiował w Polsce, poznał Bełżec. W latach 70. przyjeżdżał do Polski wielokrotnie. Gdy do Lublina zaprosił go historyk z UMCS prof. Zygmunt Mańkowski - został. Czasem odwiedza w Kornwalii matkę i dwie siostry. Nie interesują się Bełżcem. - Dla nich Polska to koniec świata. Nie obchodzi ich, jak żyję. Mówią, rób co chcesz - Tregenza bagatelizuje kontakty rodzinne w Wielkiej Brytanii.
- Dlaczego Lublin, w końcu prowincja, a nie Warszawa, z większymi możliwościami w środowisku profesjonalnych historyków? - pytam. - Za daleko od Bełżca - ucina.
W Lublinie pracuje w wydawnictwie naukowym w Instytucie Medycyny Wsi przy ul. Jaczewskiego. Nie ukrywa, że pracuje tam tylko dla pieniędzy, żyje czym innym. Oprowadza turystów po byłych obozach zagłady, ale momentami jest już tym znudzony i zmęczony. - Nieraz mam już dość turystów - nie ukrywa. Ale ma z tego jakiś dodatkowy zarobek. Jego przyjaciółka mówi, że czasami brakuje mu nawet na tusz do drukarki.

Rodzi się opus magnum
Niewiele publikuje: ma kilka artykułów naukowych w polskich i zagranicznych czasopismach, głównie o Majdanku. Ale nie musi zabiegać o kontakty, zainteresowani tematem sami go znajdują. Jesienią co roku zapraszają na niemieckie uniwersytety, do Berlina, Hamburga, Kassel, Bielefeld, Göttigen. Guillaume Moskowitz, który z Lanzmannem pracował przy głośnym i kontrowersyjnym filmu "Shoah", zatrudnił go jako konsultanta przy pełnometrażowym filmie o Bełżcu. Ale zdjęć jeszcze nie rozpoczęto. Produkcja ma ruszyć w przyszłym roku.
Michael Tregenza od kilku lat pisze monumentalną monografię o obozie zagłady w Bełżcu. Po angielsku. Twierdzi, że po polsku byłoby mu trudno. Liczy na to, że książka zostanie przetłumaczona na polski i niemiecki. Szczególnie wersje angielsko- i niemieckojęzyczne powinny mieć wzięcie. Przyniosą też pieniądze. - To nie będzie praca ściśle naukowa, tylko dla profesjonalistów. Będzie dla zwykłych czytelników, którzy zechcą poznać prawdę o Bełżcu. Opatrzę ją przypisami, odsyłaczami do dokumentów i prac historycznych - mówi Michael Tregenza. Dodaje, że będzie to pierwsza wyczerpująca praca o tym obozie.
Monografię chce skończyć jesienią. Tak samo mówił dwa lata temu, w sierpniu 2000 roku: - Wydam książkę w październiku - zapowiadał. Nie wydał. Teraz pisze po 12 godzin dziennie, morduje się nad przypisami, bo nie może pozwolić sobie na pomyłkę. Uniwersyteccy historycy by go zagryźli.
Niewykluczone, że nie skończy do jesieni. Tregenza należy do ludzi z gatunku szperaczy, chomików. Bardziej interesuje go ślęczenie w archiwach i rozmowy z ludźmi, którzy coś wiedzą o obozach zagłady. Najlepiej, jeśli pamiętają obozowych oprawców.
Jego życie toczy się po utartych koleinach. W każdej wolnej chwili wyjazdy do Bełżca i innych byłych obozów, oprowadzanie turystów, jesienne sesje naukowe na Zachodzie. Zwykłe życie codzienne jakby go nie interesuje. Dwa lata temu, gdy zaszedł do niego dziennikarz, domofon w jego mieszkaniu był popsuty. Ja też nie mogłem się dodzwonić. Udało mi się wejść na klatkę schodową, gdy ktoś wychodził z bloku. - Domofon ma pan popsuty - powiedziałem. - Znowu się zepsuł? - Michael udawał zdziwionego. Nie zajmuje się takimi błahostkami, jak domofon.
Bezpośredni. Już po kilkunastu minutach znajomości proponuje przejście na ty. Przy pożegnaniu odważam się powiedzieć: - Jesteś niezłym dziwakiem, Michael. Śmieje się: - Bardzo dużym dziwakiem.

14-letnia wilczyca Aza nie odstępuje go na krok.
Jak spędza wakacje? - Jadę do Bełżca - mówi.- Raz w życiu, w 1983 roku byłem na tzw. prawdziwych wakacjach. Dwa tygodnie w Grecji. Ładne to było, ale takie nudne.

Gazeta Wyborcza, gazeta.pl - Jan Pleszczyński 14.08.2002

Wstecz do Strony Głównej

Copyright © Wirtualny bełżec